Ach, cóż to był za ślub

Wyjeżdżając z kościoła pomyślałem, że jestem szczęściarzem mogąc mieć za żonę tak piękną kobietę, której serce przepełniała dobroć, miłość, pogoda ducha, która nigdy nie miała mi za złe mych wad i która akceptowała i kochała mnie w całości. Nie zgrzeszę kłamstwem, jeśli powiem, iż w łóżku była istną boginią. Tymczasem zdążaliśmy na wesele. Sala była cała przygotowana, a kiedy weszliśmy, orkiestra zagrała motyw przewodni najlepszego filmu wszechczasów – „Gwiezdnych Wojen”. Wszyscy goście wytrzeszczyli oczy, a ja uśmiechnąłem się do Kasi i dumnie wykroczyliśmy na środek. Po szampanie wesele przybrało obrót bardzo sentymentalny – był bowiem czas na nasz pierwszy wspólny taniec. Rozpoczęliśmy tradycyjnie, wkrótce jednak… bum. Z głośników buchnął rytm Smooth Criminal. Szybko zaczęliśmy taniec odpowiedni do rytmu. Wszystko oczywiście zaplanowała moja żonka. Mój Boże, jak ja ją kocham. Widząc tort ślinka naciekła mi do ust. Mmmmm…. – pomyślałem – to lubię. Wesele to na długo pozostało w naszych wspomnieniach.